W starych zegarkach zachwyca mnie wygląd, mechanizm i to, że po kilkudziesięciu latach wciąż potrafią działać. Ale coraz częściej zatrzymuję się przy czymś innym: przy ludziach, którzy nosili je przede mną. Czasem zostaje po nich rodzinne wspomnienie. Czasem tylko imię wyryte na deklu.
Odchodzą ludzie. Zatrzymują się zegarki. Mijają lata. Ale historie nie zawsze umierają razem z nimi.
Myślę o tym, kiedy obracam w dłoni stary zegarek i na jego odwrocie znajduję grawer. Kilka słów, data, czyjeś imię. Od frontu oglądałem jeszcze przed chwilą tarczę, wskazówki i indeksy. Zastanawiałem się nad stanem koperty. Po odwróceniu zegarka zaczynam zastanawiać się nad człowiekiem.
Kto go nosił? Od kogo go dostał? Czy czekał na taki prezent, czy może zupełnie się go nie spodziewał? I czy ktokolwiek jeszcze pamięta dzień, którego datę ktoś kazał wyryć na małym kawałku metalu?
Pierwszego listopada te pytania wracają do mnie jakoś mocniej. W dzień, w którym wspominamy bliskich, myślę również o tym, jak niewiele czasem zostaje po całym ludzkim życiu. I jak wiele może dla kogoś znaczyć jedna zachowana rzecz.
„Taki sam dostałem na komunię”
Kiedy rozmawiamy o zegarkach vintage, zwykle zaczynamy od ich wyglądu. Od pięknie zaprojektowanej tarczy, proporcji koperty, ciekawych wskazówek. Potem przychodzi historia marki, konkretnego modelu, rozwiązania zastosowane w mechanizmie. No i oczywiście to charakterystyczne tykanie, które tak chętnie nazywamy duszą zegarka.
Sam się tym wszystkim zachwycam. Lubię oglądać detale, zaglądać pod dekiel i sprawdzać, jak to wszystko zostało zrobione. Ale jest jeszcze coś, czego nie znajdę w katalogu ani w opisie mechanizmu.
To chwila, w której ktoś mówi: „Taki miałem do komunii”.
Albo: „Taki dostałem na bierzmowanie”. „To był mój pierwszy zegarek”.
Uwielbiam takie rozmowy. Zakładam na rękę stary zegarek, który własnoręcznie udało mi się uratować, a ktoś obcy go zauważa. Mówi, że piękna sztuka, po czym dodaje, że dostał taki sam w prezencie kilkadziesiąt lat temu. I zaraz okazuje się, że pamięta znacznie więcej: kto mu go wręczył, ile miał wtedy lat, jak bardzo się cieszył.
Dla mnie to jeden z najpiękniejszych momentów w całym tym hobby. Zegarek, który dopiero co oceniałem pod względem stanu i oryginalności, przywołuje komuś kawałek jego własnego życia.
Taki człowiek opowiada o sobie. O rodzinie, młodości, ważnym wydarzeniu. A przy okazji mówi mi o zegarku coś, czego żaden katalog nie pokaże: jak ważny potrafił być dla swojego właściciela.
Zegarek po kimś bliskim
Ze wspomnieniami wiąże się sentyment. Szczególnie mocno czuję go, kiedy słucham historii zegarków przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Pierwszego właściciela od dawna już nie ma. Zostały zdjęcia, rodzinne opowieści, jakieś dokumenty. I został zegarek. Ktoś go zachował, ktoś oddał do naprawy, ktoś przekazał dalej. Dzisiaj nosi go wnuk albo prawnuk, który być może nawet nie miał okazji poznać człowieka, do którego należał.
Jest w tym coś, czego bardzo takim osobom zazdroszczę.
Sam nie mam w kolekcji takiego rodzinnego zegarka. U mnie nie przywiązywano do tego większej wagi. Zegarek był, służył, psuł się. Trafiał do śmieci, kupowało się następny. Szkoda, bo dzisiaj chętnie wziąłbym do ręki właśnie taki egzemplarz. Nawet zużyty, nawet niesprawny. Chciałbym wiedzieć, że ktoś z mojej rodziny go nosił, nakręcał i sprawdzał na nim godzinę.
Dlatego rozumiem, kiedy ktoś za żadne pieniądze nie chce oddać zwykłego, starego zegarka. Na rynku może być wart niewiele. Dla tej osoby jest jednak jedną z ostatnich rzeczy, które może wziąć do ręki i powiedzieć: „To było jego”.
A jeżeli nadal działa i można go nosić, zostaje z człowiekiem również w zwykłym dniu. Nie trzeba otwierać pudełka z pamiątkami. Wystarczy spojrzeć na nadgarstek.
Zanim trafił do mnie
Kupuję stare zegarki, rozbieram je, czyszczę, próbuję przywracać im sprawność. Część zostaje w kolekcji, część po jakimś czasie trafia do kolejnej osoby. Przy tym wszystkim regularnie łapię się na rozmyślaniu o ich wcześniejszych właścicielach.
Oglądam wytartą koronkę i zastanawiam się, ile razy ktoś ją obracał. Widzę rysę na kopercie, wgniecenie, ślady po starym pasku. Nie umiem powiedzieć, kiedy powstały. Mogły pojawić się podczas codziennego noszenia albo znacznie później, kiedy zegarek leżał już z innymi rzeczami w szufladzie.
Te ślady nie dają gotowych odpowiedzi. Przypominają jednak, że ten przedmiot miał życie przede mną.
Czasem szczególnie ciekawi mnie sam wybór modelu. Patrzę na asymetryczną Slavę, UFO czy Stadiona i myślę: kim byłeś, że wybrałeś właśnie ten zegarek? Szukałeś czegoś nietypowego? Spodobała ci się koperta? A może dostałeś go w prezencie i wcale nie wybierałeś?
Przecież niektóre z tych projektów nawet dzisiaj trudno uznać za oczywiste.
Nie dowiem się tego z mechanizmu. Mogę rozebrać go do ostatniej śrubki, rozpoznać zużytą część, wymienić szkło czy koronkę. Mogę poświęcić kilka godzin na czyszczenie i regulację, a potem usłyszeć, że znowu pracuje. Robię to sam, jako amator, i taka chwila wciąż daje mi ogromną satysfakcję.
Z historią właściciela jest trudniej. Czasem nie ma już kogo zapytać.
Ale zdarza się, że po odwróceniu zegarka znajduję coś więcej.
Grawer, którego nie potrafię już odczytać
Na jednym z trzech pokazanych tutaj zegarków zostało ręcznie wykonane pismo. Delikatna kursywa, osobista dedykacja. Widać litery i fragmenty zapisu, ale całości nie potrafię dzisiaj pewnie odczytać.


Nie chcę dopisywać brakujących słów. Chciałbym poznać tę historię, ale moje domysły nie przybliżą mnie do tego, co rzeczywiście się wydarzyło.
Mogę za to zobaczyć coś bardzo konkretnego: ktoś poświęcił czas, żeby na tym zegarku pozostawić osobisty napis. Z jakiegoś powodu samo wręczenie przedmiotu nie wystarczyło. Ważne było również to, by coś na nim zapisać.
Dzisiaj część tej wiadomości już się zatarła.
To chyba najbardziej poruszający z tych trzech grawerów. Trzymam zegarek w dłoni, patrzę na pismo i wiem, że kiedyś było dla kogoś zrozumiałe. Osoba, która go dostała, nie musiała się domyślać. Znała słowa, okazję, człowieka, od którego pochodził.
Do mnie dotarł już tylko fragment.
Z pamięcią bywa podobnie. Najpierw pamiętamy całe rozmowy i wydarzenia. Później zostają pojedyncze zdania, obrazy, jakieś szczegóły. W kolejnym pokoleniu ktoś pamięta jeszcze imię, ale nie umie już powiedzieć zbyt wiele o człowieku, który je nosił.
Ten grawer pokazuje mi to bez wielkich słów. Wystarczy spróbować go przeczytać.
Witalijowi od Władimira. 4 listopada 1978 roku
Na drugim zegarku można odczytać:
Виталию от Владимира. 4 ноября 1978
Czyli:
Witalijowi od Władimira. 4 listopada 1978 r.


Witalij. Władimir.
Zatrzymuję się przy tych imionach, bo właśnie one zmieniają sposób, w jaki patrzę na ten zegarek. Wiem już, jak miał na imię jego obdarowany właściciel. Znam też imię człowieka, który mu go podarował.
Kim byli dla siebie? Ojcem i synem? Braćmi? Przyjaciółmi? Kolegami z pracy?
Nie wiem. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem.
Nie znam też okazji. Czy Witalij obchodził urodziny? Czy był to prezent z innego powodu? Czy podziękował, założył zegarek od razu na rękę i nosił go później codziennie? Czy w ogóle mu się spodobał?
Każde z tych pytań pozostaje bez odpowiedzi. Ale sam grawer mówi wystarczająco dużo, żeby na chwilę odłożyć ocenianie tarczy i koperty.
Czwartego listopada 1978 roku jeden człowiek dał drugiemu zegarek. Uznał też, że warto pozostawić na nim ich imiona i datę.
Piszę to 1 listopada 2026 roku. Za trzy dni minie od tamtego dnia czterdzieści osiem lat.
Nie wiem, gdzie są dzisiaj Witalij i Władimir. Nie wiem, czy żyją ani czy ktoś nadal pamięta ten prezent. Nie mogę zakładać, że zegarek jest pamiątką po zmarłym tylko dlatego, że ma już swoje lata.
Wiem natomiast, że po niemal pół wieku ich imiona wciąż można odczytać. Trafiły do człowieka, którego zapewne nigdy nie znali. I sprawiły, że ten człowiek zatrzymał się przy nich na dłużej.
Andriej Maksimowicz i prezent od współpracowników
Trzeci grawer pozwala dowiedzieć się trochę więcej:
Дорогому Андрею Максимовичу в честь 55-летия. От коллектива ОТК. 1979 г.
W tłumaczeniu:
Drogiemu Andriejowi Maksimowiczowi z okazji 55. urodzin. Od kolektywu OTK. 1979 r.


Mamy imię i imię odojcowskie, okazję, wiek oraz rok. Mamy też informację, od kogo pochodził prezent.
Andriej Maksimowicz obchodził w 1979 roku pięćdziesiąte piąte urodziny, co wskazuje na rok urodzenia około 1924. Zegarek otrzymał od współpracowników. Skrót OTK najprawdopodobniej oznacza tutaj „Отдел технического контроля” — dział kontroli technicznej, czyli kontroli jakości.
Nie wiem, w jakim zakładzie pracował ani czym dokładnie się zajmował. Nie znam nazwiska, miejsca zamieszkania, rodziny. Jego życie przypadło na bardzo trudne dekady historii ZSRR, ale z samego graweru nie dowiem się, jak przez nie przeszedł. Nie mogę dopisać mu wojennych przeżyć ani zawodowej biografii.
Mogę za to przeczytać: „Drogiemu Andriejowi Maksimowiczowi”.
To był prezent skierowany do konkretnego człowieka z okazji jego urodzin. Współpracownicy postanowili je zaznaczyć i pozostawić po tym trwały ślad.
Zastanawiam się, czy długo nosił ten zegarek. Czy lubił go za wygląd, czy przede wszystkim za to, od kogo go dostał. Czy przy nakręcaniu zdarzało mu się odwrócić kopertę i spojrzeć na dedykację.
Nie znam odpowiedzi. Ale kiedy trzymam go w dłoni, Andriej Maksimowicz przestaje być dla mnie zupełnie anonimowym poprzednim właścicielem. Wiem o nim niewiele, jednak te kilka informacji wystarcza, żebym chciał ocalić również napis na odwrocie.
Ile jest wart taki zegarek?
Przy starych zegarkach łatwo wejść w dobrze znany tryb oceniania. Ładny czy brzydki. Oryginalny czy składany. Sprawny czy do naprawy. Warty sto złotych, dwieście, a może pięćset.
Sam tak robię. Kupuję i sprzedaję zegarki, więc patrzę na ich stan, mechanizm, koszty części i ilość pracy. To naturalna część kolekcjonowania.
Tyle że cena mówi bardzo niewiele o tym, czym dany egzemplarz był dla człowieka, który go nosił.
Zwykły, popularny model mógł być czyimś pierwszym zegarkiem. Prezentem od rodziców, pamiątką po przyjacielu, nagrodą za pracę. Mógł przez wiele lat towarzyszyć komuś każdego dnia. Dzisiejszy kupujący zobaczy wytartą kopertę. Dawny właściciel mógł widzieć przede wszystkim prezent od ważnej osoby.
Grawer nie musi podnosić wartości rynkowej. Nie każdemu się podoba, nie każdy chce nosić zegarek z cudzą dedykacją. Dla mnie jest jednak powodem, by przyjrzeć się mu uważniej.
Bo nagle mam przed sobą coś, czego nie da się zastąpić innym egzemplarzem tego samego modelu. Mogę znaleźć podobną tarczę i taką samą kopertę. Ale ten konkretny napis odnosi się do jednego spotkania, jednej okazji, określonych ludzi.
Dlatego zależy mi na jego zachowaniu. Chcę przywrócić zegarkowi sprawność, a jednocześnie pozostawić to, co udało się z tej historii ocalić.
Pierwszego listopada myślę również o tych śladach
We Wszystkich Świętych wracamy na cmentarze, zapalamy znicze, rozmawiamy o ludziach, których nam brakuje. Przypominamy sobie ich głos, przyzwyczajenia, powiedzenia. Czasami ktoś opowiada zdarzenie, którego wcześniej nie znaliśmy.
Poza tym dniem pamięć często przychodzi w zwyczajnych chwilach. Przy fotografii znalezionej w szufladzie, zapisanym ręcznie przepisie, narzędziu po ojcu. Przy zegarku, który trzeba rano nakręcić.
Przedmiot sam nie opowie całego życia. Nie zastąpi człowieka i nie odpowie na pytania, których nie zdążyliśmy mu zadać. Potrafi jednak sprawić, że znowu o nim pomyślimy. Albo że zapytamy kogoś z rodziny: „A pamiętasz, skąd on go miał?”.
W moich zegarkach najczęściej brakuje właśnie tej osoby, którą mógłbym zapytać. Zostają rysy, zużyte części, czasem data, czasem jedno imię. Zdarza się grawer, którego nie potrafię już odczytać.
I mimo to warto go zachować. Również wtedy, gdy historia jest niepełna i raczej nigdy jej nie poznam.
Nie każdy stary zegarek jest rodzinną pamiątką. Nie każdy ma za sobą niezwykłe wydarzenia. Wiele z nich było po prostu codziennymi rzeczami. Właśnie to również mnie porusza: ktoś naprawdę ich używał. Miał swoje sprawy, ludzi, do których wracał, dni dobre i zupełnie zwyczajne. Sprawdzał godzinę na zegarku, który teraz leży na moim stole.
Kiedy znowu zaczyna tykać
Gdy uda mi się uruchomić stary mechanizm, cieszę się, że zegarek znów może komuś służyć. Patrzę, czy pracuje równo, sprawdzam chód, zastanawiam się, co jeszcze wymaga poprawy.
Czasami potem go odwracam.
I widzę imię, którego nie znam z żadnej rodzinnej opowieści. Datę, która dla mnie jeszcze niedawno nic nie znaczyła. Dedykację, którą ktoś potrafił odczytać bez wahania, a ja dzisiaj próbuję zrozumieć.
To właśnie ta część vintage fascynuje mnie najbardziej. Mogę poznać budowę zegarka bardzo dokładnie, a o człowieku, który nosił go przez lata, wiedzieć niemal nic. Mimo to ten drobny ślad wystarcza, żebym o nim pomyślał. Żebym zapamiętał Witalija, Władimira i Andrieja Maksimowicza, choć nigdy ich nie spotkałem.
Człowiek odchodzi. Zegarek może się zatrzymać. Ale czasami zostaje po nim coś więcej niż tylko przedmiot.
Może właśnie dlatego nie potrafię patrzeć na stare zegarki jak na zwykłe rzeczy. Bo czasem na ich odwrocie ktoś zostawił imię człowieka, o którym poza tym nie wiedziałbym już nic.
