Sunburst – kiedy tarcza żyje światłem
Po ostatnich wpisach o trupach, składakach, czyszczeniu mechanizmów i ratowaniu starych werków… czas na coś mniej technicznego 😄
Bo prawda jest taka, że w zegarkach vintage nie zawsze chodzi wyłącznie o mechanizm. Czasem wystarczy promień światła. I właśnie dlatego zaczynam nową serię:
„Tarcze, które robią robotę”.
Na pierwszy ogień — sunburst.
Czyli charakterystyczny szlif tarczy, który odbija światło w taki sposób, że zegarek praktycznie cały czas wygląda inaczej. Raz jest jasny. Raz ciemny. Raz błyszczy jak lustro. A chwilę później wygląda spokojnie i matowo.I właśnie za to uwielbiam stare zegarki z ZSRR. W latach 70. i 80. projektanci naprawdę potrafili bawić się światłem. Granatowe tarcze pod słońcem robiły się elektrycznie niebieskie. Czarne przechodziły w grafit. Złote zaczynały świecić niemal jak mosiądz albo szampan. Na zdjęciach często wygląda to zwyczajnie. Ale na ręce… to zupełnie inna historia.

Poljot Wulkan – czarny i granatowy sunburst
Jeżeli istnieje koperta, która idealnie współpracuje z efektem sunburst…
to dla mnie jest nią właśnie „wulkan”. I wystarczy spojrzeć na te dwa Poljoty. Masywna bryła, gruba koperta, a tarcza schowana głęboko pod szkłem i światło wpadające pod kątem. To wszystko sprawia, że tarcza wygląda niemal trójwymiarowo. Czarny wariant jest bardziej surowy. Pod normalnym światłem wygląda praktycznie jak czarna tafla. Ale wystarczy lekko poruszyć nadgarstkiem i nagle pojawia się grafit, srebro i bardzo mocny połysk na środku tarczy. Granatowy model idzie jeszcze dalej. Tutaj sunburst wręcz eksploduje pod światło. Raz wygląda elegancko i spokojnie. Za chwilę robi się intensywnie niebieski i wygląda, jakby świecił od środka. I właśnie dlatego te stare Poljoty robią taki klimat. One nie są perfekcyjne, nie są sterylnie nowe, ale mają charakter, którego bardzo często brakuje nowoczesnym zegarkom. Najlepiej wyglądają właśnie w ruchu, na ręce i w naturalnym świetle. Wtedy dopiero pokazują, po co ktoś kiedyś zrobił taki szlif.


Poljot Automatic – szampański sunburst i klimat grubych kopert lat 70.
Ten Poljot to idealny przykład tego, jak bardzo ZSRR poszedł w latach 70. w odważniejsze formy. Duża, ciężka koperta typu „poduszka”, masywna bryła. I właśnie w takich zegarkach sunburst wygląda ciekawie. Tutaj nie ma nakładanych indeksów ani przesadnej ilości detali. W teorii tarcza jest bardzo prosta, ale kiedy wpada światło… cały zegarek nagle ożywa. Szampański kolor zaczyna przechodzić od jasnego srebra aż po ciepłe złoto. Środek tarczy robi się niemal błyszczący, a zewnętrzne krawędzie delikatnie ciemnieją i budują głębię. Do tego dochodzi charakterystyczna koperta, która wygląda bardzo „epokowo” – tak trochę futurystycznie, trochę kosmicznie, trochę jak projekt z czasów, kiedy wszyscy byli zachwyceni nowoczesnością i techniką. I właśnie dlatego uwielbiam takie stare automaty. Bo one nie próbują być delikatne. Nie próbują być minimalistyczne. One mają robić wrażenie.

Raketa Multicalendar – złoty sunburst z końcówki ZSRR
Raketa Multicalendar to już trochę inny klimat niż wcześniejsze modele. Tutaj od razu widać, że to końcówka ZSRR. Projektanci zaczęli iść bardziej w efektowność, większą ilość detali i bardziej „bogaty” wygląd. I właśnie dlatego złoty sunburst w tym modelu robi aż taką robotę. Pod światło tarcza dosłownie świeci. Pojawiają się mocne refleksy, a kolor przechodzi od ciemnego złota aż po jasny, niemal szampański odcień.
Do tego dochodzi cała masa elementów:
kalendarz,
ramki,
napisy,
indeksy,
detale nadruku.
Na tarczy dzieje się naprawdę dużo… a mimo tego zegarek dalej wygląda spójnie. I chyba właśnie za to ludzie tak lubią Multicalendary. Bo to zegarki, obok których bardzo ciężko przejść obojętnie. Zwłaszcza kiedy złota tarcza zaczyna pracować pod światłem.

Sky Dust i Galactic – kiedy sunburst zaczyna żyć własnym życiem
I tutaj dochodzimy do czegoś, co w vintage jest chyba najciekawsze. Bo sunburst z biegiem lat bardzo często zaczyna zmieniać się sam. Lakier się starzeje, warstwy delikatnie się utleniają, kolory robią się głębsze. Pojawiają się przejścia tonalne, których pierwotnie mogło nawet nie być. I właśnie wtedy zaczyna robić się naprawdę ciekawie. Część tarcz zaczyna przypominać nocne niebo. Granat przechodzi w elektryczny niebieski, czerń robi się grafitowa. Pojawiają się refleksy i patyna, które wyglądają wręcz kosmicznie.
Stąd właśnie określenia typu:
Sky Dust albo Galactic.
Bo niektóre stare Poljoty i Rakiety wyglądają bardziej jak fragment galaktyki niż zwykła tarcza zegarka. I najlepsze jest to, że bardzo często to efekt czasu. Nie projektu, nie fabryki, tylko właśnie starzenia. Dlatego dwa identyczne modele potrafią dziś wyglądać kompletnie inaczej. I właśnie za to kocham vintage. Bo każdy egzemplarz starzeje się po swojemu.


Podsumowanie – czasem wystarczy światło
Właśnie za to lubię stare zegarki z ZSRR.
Bo czasem nie potrzeba tourbillona, złota ani limitacji do 50 sztuk. Wystarczy dobrze zrobiona tarcza, trochę światła i zegarek, który ma swój charakter. Nagle zwykły, stary Poljot albo Raketa zaczyna wyglądać kompletnie inaczej. Może właśnie dlatego vintage tak wciąga. Bo tu każdy egzemplarz jest trochę inny, każdy starzeje się po swojemu, każdy inaczej pracuje pod światłem.
I czasem wystarczy jeden ruch nadgarstkiem… żeby tarcza wyglądała jak zupełnie inny zegarek 😄
A to dopiero początek tej serii.
I szczerze?
Właśnie za takie rzeczy uwielbiam vintage.
